Rutyna, rutyna…
Codziennie to samo! Codziennie te same skrzywione twarze znudzonych uczniów. Codziennie te same skrzywione twarze sfrustrowanych nauczycieli w pokoju nauczycielskim. Codziennie ta sama nigdy nie dopijana do końca herbata na zbyt krótkiej przerwie. Codziennie ten sam wyrzut w oczach mojej niezadowolonej ze mnie małżonki… A miało być tak pięknie! Młodzieńcze marzenia, młodzieńcze powołanie do zawodu nauczyciela, wielka młodzieńcza miłość. Ech, szlag by to wszystko trafił! Można zwariować o tej rutyny! Żeby chociaż w domu wszystko układało się po mojej myśli! Żeby chociaż żona budziła się z uśmiechem, jak to bywało na początku naszego małżeństwa, kiedy cały świat stał przed nami otworem, kiedy mieliśmy wiele pięknych planów i jeszcze więcej pięknych marzeń. A teraz co z tego wszystkiego zostało? Nic! Codziennie wciąż to samo nic. Rutyna zabija. Codziennie czuję się jak bohater „Dnia świra”.
Dzisiejsza młodzież
Kiedy parę lat temu, jeszcze jako student, przeczytałem o tej bulwersującej sytuacji, kiedy to jakiś uczeń maltretował nauczyciela, między innymi zakładając mu na głowę kosz na śmieci, i jeszcze całe to zajście nagrywał, nie mogłem w to uwierzyć… Najpierw nie mogłem w to uwierzyć, a później, kiedy już dotarło do mnie, że taka jest właśnie współczesna młodzież, oraz że tacy są właśnie współcześni nauczyciele, zrodził się we mnie pewien rodzaj buntu. To znaczy, paradoksalnie, sam postanowiłem być nauczycielem! Tak, właśnie wtedy, właśnie pod wpływem tej informacji! Dziwne, nie? Ale tak właśnie było. Stwierdziłem wówczas, że nie godzę się na taką sytuację, i że zrobię wszystko, aby ją zmienić. Tak, typowe marzenia młodego człowieka, mrzonki, niemożliwe do zrealizowania. Oczywiście, kiedy poinformowałem o tym moich rodziców, o mało mnie nie wydziedziczyli. Dzisiaj, po paru latach wykonywania tego zawodu, żałuję, że nie powstrzymali mnie wtedy.
Małżeństwo nauczycieli
Kiedy postanowiłem oświadczyć się mojej żonie, a oboje byliśmy już wtedy nauczycielami (poznaliśmy się na studiach – ja studiowałem historię, a ona polonistykę), myślałem, że to świetny pomysł – małżeństwo nauczycieli. Myślałem, i ona też zresztą myślała, że skoro oboje wykonujemy tę samą pracę, na pewno będziemy się doskonale rozumieć, wspierać w trudnościach, no i tak dalej. I nawet na początku tak było. Było idealnie, może przez rok czy półtora, dopóki oboje mieliśmy wiele młodzieńczego zapału, pasji i tak zwanego „powołania” do tego zawodu. Ale z czasem zapał i pasja zaczęły gasnąć, a powołanie stało się rutyną, codziennością, a nawet niekiedy – udręką. Do tamtej pory jest coraz gorzej – zamiast wspierać się nawzajem w tych problemach, zadręczamy się i dobijamy, nawzajem obwiniamy. Zupełnie tak, jakbyśmy nie chcieli przyznać przed samymi sobą, że powołanie to nie wszystko, że aby móc się utrzymać, nie wystarczy pensja nauczyciela, nawet razy dwa.
Codzienność nauczyciela
Nie mam już siły na tę rutynę, codzienne wstawanie o świcie, szybkie śniadanie z żoną, też zresztą nauczycielką, parę słów, nie zawsze czułych, i pracę. Owszem, nie muszę spędzać w pracy tylu godzin, ile spędza większość ludzi – nie czterdzieści, ale niespełna dwadzieścia. Mam wolne wszystkie święta, ferie i dwa miesiące wakacji. Wiele osób zazdrości nauczycielom właśnie tego, i tylko tego – niewielkiej ilości godzin spędzanych w pracy (swoją drogą, drugie tyle nauczyciele poświęcają na przygotowywanie się do lekcji, sprawdzanie kartkówek i sprawdzianów, i tym podobne czynności, czyli na jedno wychodzi, ale nikt o tym nie pamięta.). Ech, gdzie te czasy, kiedy co rano wstawałem z uśmiechem i z uśmiechem szedłem do szkoły, “niosłem oświaty kaganek”. A dzisiaj co? Z każdym dniem coraz bardziej odczuwam na własnej skórze, co czuł bohater „Dnia świra”! Porażka, ale może to chwilowe i minie? Chciałbym w to wierzyć…
Gdzie się podziało moje powołanie?
Zostałem nauczycielem wbrew woli rodziców. Oni chcieli, żebym został, tak jak matka, lekarzem, i trzepał kupę kasy. No i – prestiż. Bycie lekarzem to wciąż dość prestiżowy zawód, w odróżnieniu od nauczycielstwa. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu, owszem, nauczyciel cieszył się prestiżem i szacunkiem. A dzisiaj?! Szkoda gadać… Wiedziałem o tym, decydując się na wykonywanie tego zawodu, ale sądziłem, że moje powołanie, jakie wówczas, jako student historii, odczuwałem, pozwoli mi cieszyć się tą pracą mimo braku prestiżu. Tak, powołanie… Czułem wówczas, że będę świetnym nauczycielem, że będę potrafił przekazać uczniom nie tylko całą tę wiedzę, jaką nabyłem podczas pięciu lat studiów, ale i jakiś system wartości – w tym dzisiejszym pozbawionym niemalże w całości wartości świecie. I przez dwa lata było tak, jak sobie wymarzyłem. Działałem z pasją. A dzisiaj? Z mojej pasji nic nie pozostało. I jestem jednym z wielu niezrealizowanych zawodowo nauczycieli.